Dla mięsożerców – czyli czy warto jeść surowe mięso?

Czy spożywałeś kiedykolwiek totalnie surowe mięso? Nie?

To chyba warto, abyś przeczytał ten artykuł.

Jeżeli czytałeś na blogu Your Time napisany przeze mnie jakiś czas temu artykuł pod tytułem „Całkowicie mięsna dieta – dietetyczna porażka czy dietetyczne zwycięstwo?”, wiesz, że rzuciłem weganizm dla…

Mięsa!

Konkretnie chodzi o to, że po kilku latach eksperymentowania z „zielonymi” dietami – z wegetarianizmem, weganizmem oraz witarianizmem – zdecydowałem się zmienić swój sposób odżywiania. Czym była spowodowana ta nagła zmiana?

Niezbyt zadowalającymi efektami stosowania „zielonych” diet.

Dzisiaj – mamy 16 grudnia 2018 roku, niedziela – mija już dziewięć tygodni od chwili, w której to zdecydowałem się przejść na tak zwaną „mięsną dietę”.

Od tamtej pory nieustannie szukam optymalnych rozwiązań dla swojego organizmu.

Na chwilę obecną ostro eksperymentuję z jedzeniem surowego mięsa.

Zwariowałeś? Dlaczego surowe mięso?

Z pewnością zastanawiasz się, dlaczego postanowiłem zamienić gotowane mięso na surowe? Postaram się odpowiedzieć na Twoje pytanie.

Obecnie istnieje sporo różnych rodzajów diet.

Do dwóch najbardziej skrajnych należy testowana przeze mnie mięsna dieta oraz witarianizm – takie jest moje zdanie.

Ta pierwsza polega na spożywaniu wyłącznie produktów pochodzenia zwierzęcego – tłuste mięso, organy zwierzęce, jajka oraz nabiał.

Witarianie natomiast spożywają głównie węglowodany zawarte w owocach – które według dr. Douglasa Grahama powinny stanowić minimum 80% diety.

Mięsna dieta polega na dostarczaniu do organizmu kalorii w postaci białka oraz tłuszczu, a witarianizm polega na dostarczaniu do organizmu kalorii w postaci węglowodanów – mowa oczywiście o wegańskiej wersji witarianizmu. Proste?

Reprezentanci obu grup dietetycznych mają odmienne, wręcz całkowicie przeciwne do siebie przekonania na temat odżywiania.

Obserwując te grupy, dostrzegłem jednak kilka wspólnych cech.

Witarianie spożywają głównie surowe pożywienie, a sam dr Douglas Graham uważa, że spożywanie przetworzonego termicznie pokarmu jest dla człowieka beznadziejną opcją.

Robiąc codzienny w ostatnim czasie, intensywny research na temat mięsnej diety, zauważyłem, że wyznawcy tej diety mają podobne zdanie na temat obróbki termicznej pokarmu pochodzenia zwierzęcego.

Chyba najsilniej działającym na mnie argumentem świadczącym na korzyść spożywania surowego pokarmu jest to, że podczas obróbki termicznej mięsa, zabijamy w nim sporą ilość wartościowych składników odżywczych. Po co więc samodzielnie obniżać wartość czegoś, za co właśnie zapłaciłem?

Stań się czytelnikiem bloga i odbierz e-booka

Przypadł Ci do gustu ten albo inny artykuł? Zachęcam więc do subskrypcji bloga Your Time.

Wystarczy, że podasz swój adres e-mail, a ja będę Ci przesyłał nowe artykuły publikowane na Your Time.

W ramach wdzięczności za subskrypcję wyślę Ci dodatkowo na maila e-book pt. 157 książek.

Znajdziesz w nim stworzoną przeze mnie unikalną listę 157 najlepszych książek, które naprawdę warto przeczytać.


Takie jadam mięcho

W artykule pod tytułem „Całkowicie mięsna dieta – dietetyczna porażka czy dietetyczne zwycięstwo?”, opisałem jakie mięso jadam oraz jakie omijam – i dlaczego omijam to, co omijam.

Zacznijmy od tego, że moje wybory kulinarne odnośnie do rodzaju spożywanego mięsa nie zmieniły się w ogóle – wciąż jadam głównie mięso wołowe i ryby.

W przypadku ryb spożywam na surowo wyłącznie łososia, pstrąga oraz śledzie – uważam, że to chyba najbardziej bezpieczny wybór, chociażby pod względem zawartości metali ciężkich w mięsie.

Zanim wziąłem pierwszy kęs surowego mięsa, miałem sporego stracha. Dlaczego?

Ponieważ bałem się spożywać na surowo mięso zakupione w pobliskim supermarkecie.

Mimo wszystko postanowiłem, że zaryzykuję.

Co się niby może najgorszego stać? Przecież najwyżej umrę…

Do dzisiaj zjadłem już kilkanaście steków z wołowiny dojrzewającej dostępnej w supermarketach.

Moim zdaniem ich jakość jest całkiem przyzwoita.

Skosztowałem już także sporej ilości filetów z łososia atlantyckiego.

Jadałem również zupełnie surowe mielone mięso wołowe pochodzące z supermarketu.

Jak widzisz, wciąż żyję i czuję się świetnie.

Surowe mięso – przykładowe śniadanie

Dzisiejsza data to 16 grudnia 2018 roku – niedziela.

Mamy w Polsce właśnie cudowny okres przedświąteczny, który uwielbiam. Chcesz wiedzieć, co spożyłem dzisiaj na śniadanie?

200 gramów surowego steku z antrykotu – był pyszny – oraz 500 gramów lekko parowanego mielonego mięsa wołowego – uformowałem z tej ilości mięsa dwa duże kotlety.

To było moje śniadanie, obiad i kolacja. Dlaczego?

Ponieważ stosuję system odżywiania OMAD – One Meal A Day.

To metoda postu przerywanego – więcej na temat postu przerywanego pisałem w tym artykule.

To system, w którym spożywam wyłącznie jeden posiłek w ciągu dnia.

A jak już jesteśmy przy metodzie OMAD, polecam obejrzenie tego interesującego materiału na YouTube.

Jeżeli zastanawiasz się, ile kalorii dostarczyłem sobie w ciągu tego jednego posiłku, bilans wygląda w przybliżeniu następująco:

  • stek z antrykotu 200 gramów to w sumie około 30 g tłuszczu i 42,5 grama białka, co daje jakieś 440 kcal.
  • mielone mięso wołowe w ilości 500 gramów, na które składa się 95 g tłuszczu oraz 85 gramów białka daje łącznie 1195 kcal.

Mój dzienny bilans wyniósł więc tego dnia lekko ponad 1600 kcal.

Sądzę, że to przyzwoity wynik.

A sól? Precz!

Drugim wspólnym punktem u zagorzałych wyznawców witarianizmu oraz niemniej zagorzałych wyznawców mięsnej diety jest to, że obie grupy zaliczają sól do grupy toksycznych pokarmów.

Tak, jak w przypadku witarianizmu nie miałem większych kłopotów, by przyjąć ten fakt do wiadomości, tak w przypadku mięsnej diety doznałem lekkiego, ale chwilowego zawrotu głowy. Dlaczego?

Ponieważ mięsna dieta to pewnego rodzaju przeobrażona dieta ketogeniczna. A co powtarzają w kółko wyznawcy diety ketogenicznej? – Przeczytaj mój artykuł na temat stosowania soli na diecie ketogenicznej.

— Spożywaj dużo soli himalajskiej, bo na diecie ketogenicznej jesteś bardziej narażony na ogólny deficyt minerałów!

Jesteś na mięsnej diecie? Odstaw sól!

Wyznawcy mięsnej diety przekonują, że spożywając duże ilości solonego mięsa możemy narazić się na znaczne zaburzenie w naszym organizmie stosunku sodu do potasu.

Mięso samo w sobie dysponuje prawdopodobnie idealnym stosunkiem zawartości sodu do potasu.

Spożywając więc samo mięso, nie powinniśmy doświadczyć problemów związanych zaburzeniem tego stosunku.

Kiedy jednak decydujemy się, by obficie posolić wołowinkę znajdującą się na talerzu, wszystko zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni – niestety.

Wydaje mi się, że jako nowicjusz w dziedzinie mięsnej diety, doświadczyłem kilkukrotnie skutków działania powyższego mechanizmu. Skąd to wiem?

Ponieważ w tych dniach czułem się zwykle jakoś dziwnie ospały i ciężki.

Zawsze wtedy, gdy w końcu skojarzyłem fakty i szybko przypomniałem sobie, że tego dnia posoliłem mięso naprawdę sporą ilością soli, decydowałem się na podjęcie samodzielnej próby wyrównania bilansu sodowo-potasowego. Co robiłem?

Piłem szklankę wody z rozpuszczonym w niej dwuwinianem potasu – znany pod nazwą angielską: cream of tartar lub inną nazwą polską: kamień winny. Dlaczego to robiłem?

W 100 gramach dwuwinianu potasu występuje aż 16500 miligramów potasu.

Więc wraz z 3 gramami tego specyfiku dostarczamy do organizmu około 500 miligramów życiodajnego pierwiastka, jakim jest potas. Wynik.

Zmęczenie i ospałość znikały nagle, jak ręką odjął, a ja niemal natychmiast czułem się o niebo lepiej!

Ta sytuacja pokazała mi, jak bardzo łatwo zaburzyć w ludzkim organizmie stosunek pomiędzy tymi dwoma istotnymi pierwiastkami.

Surowe bezpieczeństwo

Trudno w tym artykule pominąć aspekty związane z bezpieczeństwem. Czy spożywanie surowego mięsa jest bezpieczne?

Pewnie tak, jeżeli masz dostęp do wysokiej jakości mięsa pochodzącego z lokalnych farm, gdzie bydło jest wypasane na ogromnych, zielonych łąkach i żywi się wyłącznie świeżą trawą.

W przypadku ryb natomiast, zdecydowanie najlepszą opcją jest spożywanie tych dzikich.

Prawda jest jednak taka, że mało kogo stać na to, by pozwalać sobie każdego dnia na mięso typu grass-finished albo rybę typu wild.

Istnieją w Polsce miejsca, gdzie możemy zamówić sobie świetnej jakości świeże steki z wołowiny typu grass-fed, lecz ich cena przekracza możliwości finansowe przeciętnego Polaka. Jaki wyjść z tej sytuacji?

Pozostają do wyboru lokalne sklepy oraz supermarkety.

Trzeba się jednak liczyć z faktem, że mięso nabywane w tych miejscach może zawierać w sobie antybiotyki i inne szkaradne dziadostwo. Czy spożywanie surowego mięsa pochodzącego z tych źródeł jest bezpieczne?

Nie wiem…

Chciałbym Ci napisać, że tak, ale nie mogę, bo naprawdę nie wiem.

Na większości opakowań znajdziesz zresztą informację, aby „spożyć po obróbce termicznej”.

Ja jestem przykładem osoby, która z premedytacją ignoruje to zalecenie, spożywając na surowo produkty takie jak na przykład filet z łososia atlantyckiego lub steki wołowe z wołowiny dojrzewającej.

Dwóch powyższych produktów nie boję się raczej spożywać na surowo.

Mam niekiedy lekkie obawy dotyczące mielonego mięsa wołowego.

Jeżeli chodzi natomiast o spożywanie organów zwierzęcych takich jak wątroba lub serce, poddaję je obróbce termicznej.

Oczywiście nikomu nie zalecam stosowania żadnej z moich strategii.

Zresztą sam chcę w miarę upływu czasu dążyć do nabywania mięsa z lepszych źródeł niż supermarkety.

Osobisty powrót do korzeni

Praczłowiek był wielkim łowcą.

Musiał nim być, ponieważ gdyby nie wykształcił w sobie umiejętności łowieckich na ekstremalnie wysokim poziomie, nie tknąłby nigdy świeżego mięsa.

Z dużym prawdopodobieństwem nasi przodkowie spożywali głównie surowe mięso.

Pewnie robili to według schematu „3 z”.

Zlokalizuj, zapoluj, zjedz.

Czy występowała w tym schemacie – a jeżeli, to jak często? – literka „u” – ugotuj? Nie wiem.

Ostatnio zastanawiam się też nad tym, dlaczego rutynowo poddajemy mięso obróbce termicznej. Chodzi o bezpieczeństwo?

A może chodzi po prostu o awersję do spożywania zimnego, wyjętego dopiero co z lodówki pokarmu?

Przecież łowca, który zabił swoją zwierzynę, miał natychmiastowy dostęp do ciepłego mięsa, które jeszcze przed chwilą żyło swoim życiem.

To tylko moje filozoficzne przemyślenia.

Wcale nie muszą być prawdziwe, ale zauważyłem, że im głębiej kopię i dociekam, tym mocniej posuwam się naprzód w swojej osobistej „dietetycznej ewolucji”.

Czuję się trochę tak, jakbym odsiał z własnej diety cały ten narzucony przez ogromne korporacje gastronomiczny marketing, powracając tym samym do prawdziwych korzeni człowieczeństwa.

Do tego, co wydaje się dla nas najbardziej naturalne.

Dowiedz się co nowego u mnie!

Czytelniku, artykuł, który właśnie czytasz, mógł być napisany dawno temu. Kto wie, może informacje w nim zawarte – a odnoszące się do mojej osoby – są już nieaktualne?

Jeżeli chcesz dowiedzieć się, jakie są moje obecne przekonania żywieniowe, co jem, a czego unikam, zachęcam do przeczytania tego specjalnego artykułu!

Smak mięcha

Jak smakuje surowe mięso?

Szczerze? Uwielbiam smak surowego steku wołowego.

I to nawet bez szczypty soli!

Dla osób, które lubią spożywać steki w fazie blue lub/oraz rare – najniższe stopnie wysmażenia steku – z pewnością nie będzie to jakaś nowość.

Możesz mi jednak wierzyć, że dla weterana „zielonych” diet – za jakiego się uważam – to naprawdę niecodzienne i niezwykłe doświadczenie dla podniebienia.

Poznaj autora, poznaj blog

Trafiłeś na blog Your Time przypadkiem?

Jeżeli tak, zachęcam do zapoznania się ze stroną, na której znajdziesz kilka interesujących informacji o mnie.

Jeżeli natomiast po przeczytaniu jakiegoś artykułu chciałbyś się ze mną skontaktować, skorzystaj z formularza dostępnego na stronie kontakt.

Pełny spis treści bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *