Najlepsza dieta – czyli która dieta jest moim zdaniem najlepsza

W artykule będę się starał wyłonić laureata – właściwie to laureatkę – w kategorii: najlepsza dieta.

Zanim to jednak uczynię, poznasz najpierw moje osobiste zdanie na temat wszystkich diet, jakie miałem dotychczas okazję przetestować – a trochę tego było!

Każdy opis konkretnej diety to nic innego jak rodzaj subiektywnej opinii stworzonej wyłącznie na bazie osobistych doświadczeń.

Nie musisz się sugerować tym rankingiem podczas dobierania rozwiązania dietetycznego dla siebie.

Idę jednak o zakład, że znajdziesz w artykule garść informacji, które okażą się dla Ciebie interesujące i pomocne zarazem.

No dobrze!

Do biegu, gotowi…

Zaczynamy!

Początek wielkiej osobistej przygody

Odżywianiem zaciekawiłem się na serio w 2008 roku.

Byłem jeszcze dzikim i buntowniczym nastolatkiem, który już w tamtym czasie szukał dla siebie najlepszych rozwiązań żywieniowych.

Sądzę, że cierpiałem wtedy na jakiś rodzaj depresji.

Nie wiedziałem, czego chcę od życia ani tym bardziej nie miałem zielonego pojęcia czego życie może oczekiwać ode mnie.

Byłem skąpany w mroku ciemnej strony swojej własnej osobowości.

Na poziomie fizycznym też nie czułem się zbyt dobrze.

Desperacko zacząłem szukać sposobów na wyrwanie się z tego mrocznego bagna.

Niemal intuicyjnie zwróciłem się w stronę żywienia. Dlaczego?

Głównymi powodami były te związane z cielesnością, a nie ze sferą mentalną – chciałem pozbyć się wysokiego ciśnienia krwi.

Dzisiaj jednak zdaję sobie doskonale sprawę, że odżywianie ma przeogromny wpływ na obie te sfery.

Zapragnąłem jako nastolatek, by żyć w zdrowiu – ja chciałem być po prostu zdrowy!

Stań się czytelnikiem bloga i odbierz e-booka

Przypadł Ci do gustu ten albo inny artykuł? Zachęcam więc do subskrypcji bloga Your Time.

Wystarczy, że podasz swój adres e-mail, a ja będę Ci przesyłał nowe artykuły publikowane na Your Time.

W ramach wdzięczności za subskrypcję wyślę Ci dodatkowo na maila e-book pt. 157 książek.

Znajdziesz w nim stworzoną przeze mnie unikalną listę 157 najlepszych książek, które naprawdę warto przeczytać.


Wegetarianizm – pierwsza poważna decyzja

Z dnia na dzień postanowiłem, że stanę się wegetarianinem!

Zrezygnowałem z jedzenia mięsa oraz ryb.

Skupiłem się głównie na spożywaniu ziaren zbóż – chodzi o ryże i kasze – nabiału, warzyw i owoców.

Czasami jaj.

Moja wiedza na temat żywienia była jeszcze w tamtym okresie bardzo, ale to bardzo uboga.

Przechodząc na wegetarianizm, sugerowałem się tym, co wszyscy niby „wiedzą” na domyślnym poziomie. Co mam na myśli?

Zapytaj dowolną osobę – nawet bezdomnego na ulicy – jakie pokarmy są najzdrowsze. Jak myślisz, jaką otrzymasz odpowiedź?

Coś w stylu:

— Głupie pytanie… Oczywiście, że warzywa i owoce!

Ja też tak jeszcze wtedy myślałem i to na bazie tego przekonania podejmowałem później jeszcze bardziej radykalne – i destrukcyjne jak się potem okazało – decyzje.

Co myślę o wegetarianizmie?

Zanim przeszedłem na wegetarianizm, żywiłem się najgorszym badziewiem.

Trudno więc się dziwić, że poczułem się znacznie lepiej po przejściu na wegetarianizm.

W jednym momencie odrzuciłem nie tylko mięso i ryby, ale również śmieciowe i wysokoprzetworzone żarcie.

Gdy znajdujemy się w beznadziejnej sytuacji, już tylko niewielka zmiana może spowodować, że poczujemy się o wiele lepiej.

Tak też pewnie było w moim przypadku.

Byłem wegetarianinem przez jakieś trzy lata.

Zdarzało mi się, że w tym okresie łamałem zasady i parowałem sobie jakieś mięso albo rybę – robiłem to jednak bardzo rzadko.

Summa summarum będąc wegetarianinem, czułem się całkiem nieźle – tak to przynajmniej wspominam.

Weganizm – druga poważna decyzja

W końcu przyszedł czas na podjęcie bardziej radykalnej decyzji żywieniowej.

Znowu z dnia na dzień postanowiłem, że chcę stać się weganinem – jak pomyślałem, tak też uczyniłem.

Niektórzy mi próbowali tłumaczyć, że ten przeskok z wegetarianizmu na weganizm powinien być stopniowy i subtelny.

Ja jednak totalnie olewałem te rady.

Stało się, zrezygnowałem ze wszystkich produktów pochodzenia zwierzęcego – oprócz mięsa i ryb odrzuciłem również nabiał, jajka oraz miód.

Stałem się stuprocentowym weganinem.

Przygoda z weganizmem trwała łącznie jakieś sześć – może trochę więcej – lat.

W miarę upływu czasu byłem coraz bardziej szczupły i coraz trudniej było mi budować nową tkankę mięśniową.

Co myślę o weganizmie?

Przechodząc na weganizm, byłem bardzo podekscytowany.

Na poziomie psychologicznym odczuwałem, że staję się „najczystszą” wersją człowieka, jaką można sobie tylko wyobrazić.

Dzisiaj już wiem, że właśnie tak oddziałuje na ludzi weganizm na poziomie psychologiczno-emocjonalnym.

Będąc weganinem, nieustannie sobie wmawiałem, że czuję się bardzo dobrze.

I rzeczywiście tak było, ale tylko w mojej głowie…

Moje ciało natomiast domagało się, wręcz błagało o dostarczenie mu składników odżywczych pochodzących z produktów pochodzenia zwierzęcego.

Pisałem o tym już w jednym ze swoich artykułów na temat weganizmu, ale powtórzę to raz jeszcze – tutaj masz link do wspomnianego artykułu.

Dr Natasha Campbell podczas swojego wykładu na temat żywienia porównała weganizm do…

Formy postu – polecam obejrzenie całego wykładu dr Campbell na YouTube.

Właśnie tak chcę postrzegać dzisiaj weganizm – jako krótkoterminowe rozwiązanie wspierające oczyszczenie organizmu.

Uważam, że im większe dana osoba posiada deficyty w obrębie ciała w momencie przejścia na weganizm, tym szybciej wystąpią u niej nieprzyjemnie skutki uboczne wegańskiej diety.

Weź to pod uwagę.

Witarianizm w wersji 811 – jeszcze „czystsza” wersja człowieka?

Jeżeli myślisz, że weganizm jest najbardziej ekstremalnym rozwiązaniem spośród wszystkich opisanych przeze mnie „zielonych” diet, to się grubo mylisz! Dlaczego?

Ponieważ istnieje jeszcze coś takiego jak witarianizm w wersji wege – mam na myśli frutarianizm w wersji 80/10/10. Co to takiego?

Frutarianie to weganie, którzy dopuszczają spożywanie pokarmów jedynie w formie RAW – czyli na surowo.

Można rzec, że dieta frutarian opiera się wyłącznie na spożywaniu surowych owoców – i tyle!

Po mniej więcej sześciu latach upartego trwania w weganizmie nie byłem zbytnio zadowolony ze zdrowotnych „profitów”, które osiągnąłem dzięki tej diecie.

Zacząłem szperać w internecie w poszukiwaniu nowych, lepszych rozwiązań i…

Trafiłem na poczytny blog Pepsi Eliot, a na nim znalazłem kilka informacji, odnoście do diety 80/10/10/ – nazywanej także potocznie „dietą 811”. Co to za dieta?

Za jej twórcę uznaje się dr. Douga Grahama.

Dieta natomiast polega na spożywaniu praktycznie wyłącznie owoców w surowej postaci – 80% diety to owoce.

10% diety stanowią tłuszcze – zawarte w roślinach i orzechach.

Kolejne 10% stanowią natomiast białka – również występujące naturalnie w roślinach i orzechach.

Graham jest przeciwnikiem stosowania soli oraz spożywania jakichkolwiek produktów pochodzenia zwierzęcego.

Na diecie 811 czułem się na początku wyśmienicie!

Stosunkowo szybko byłem jednak zmuszony porzucić to całkiem osobliwe rozwiązanie dietetyczne.

Co myślę o 811?

Ta dieta dobiła mnie pod względem fizycznym i mentalnym.

Będąc weganinem, byłem szczupły.

Węglowodany zawarte w ziarnach zbóż pomagały mi jednak utrzymać nieco tkanki mięśniowej – sądzę, że poziom glikogenu mięśniowego był zawsze na „ful”.

Kiedy całkowicie zrezygnowałem ze spożywania ziaren zbóż, stałem się jeszcze szczuplejszy.

Gdybyś mnie zobaczył na diecie 811, mógłbyś mnie pomylić z więźniem obozu koncentracyjnego Auschwitz – nie, to nie był żart…

Moje ciało na diecie 811 dosłownie w mgnieniu oka pożerało samo siebie.

Zacząłem doświadczać paranoicznych myśli, a tworzenie relacji międzyludzkich z innymi osobami było istną męczarnią.

Atrofii uległy nawet mięśnie odpowiedzialne za trzymanie moczu – skutki nie były miłe, możesz mi wierzyć.

Podczas głupiego przysiadu zdarzało mi się nieraz…

No cóż, popuścić…

Dieta 811 miała mnie uratować, a wbiła kolejny gwóźdź do i tak prawie gotowej trumny.

Musiałem szybko reagować!

Mięsna dieta – może jest dla mnie jakaś nadzieja?

Na diecie 811 wytrzymałem raptem kilka miesięcy i postanowiłem ją rzucić.

Byłem już na tyle zdesperowany, że zacząłem jeść…

Mięso! – Więcej na temat mojego rozstania się z weganizmem znajdziesz w tym artykule.

Obejrzałem na YouTube kilka relacji osób, które rzuciły weganizm na rzecz czegoś, co nazywa się „carnivore diet” – czyli „mięsna dieta”.

Początki były trudne, a w pierwszym tygodniu jedzenia mięsnych posiłków miałem takie „zakwasy” w mięśniach twarzy, że ledwo otwierałem buzię.

Hmm… A może „twarzowe zakwasy” pojawiły się w pierwszym tygodniu od przejścia z weganizmu na frutarianizm?

Mniejsza z tym…

Tak czy owak był to dla mnie dowód, że na wegańskiej diecie od niejedzenia twardych produktów zanikowi uległy nawet mięśnie umożliwiające bezproblemowe przeżuwanie pokarmu!

Pomyślałem sobie w tamtym momencie:

— Adrian! O kurwa… Jest grubo!

Była to dla mnie jednocześnie chwila refleksji, w której uświadomiłem sobie błyskawicznie, że gdybym spędził kilka miesięcy dłużej na diecie 811 to…

Kto wie, co mogłoby się wydarzyć.

Co myślę o mięsnej diecie?

To odmiana diety ketogenicznej.

Z tą różnicą, że dieta ta oparta jest wyłącznie na produktach pochodzenia zwierzęcego.

Wśród wyznawców tej diety istnieją osoby, które żywią się wyłącznie wołowiną i wodą – yhmy, na poważnie.

Ich dieta jest więc w głównej mierze oparta na proteinach – a nie na tłuszczach, jak to ma miejsce w przypadku klasycznej wersji diety ketogenicznej.

Mięsna dieta to idealny przykład diety eliminacyjnej, podczas której ludzie doświadczają niesamowitych efektów ozdrowieńczych.

Okazuje się, że gdy z ich diety znikają warzywa i owoce, a oni jedzą tylko mięso – ewentualnie produkty nabiałowe oraz jaja – wszystkie procesy trawienne ulegają niemal natychmiastowej poprawie.

Ci ludzie po raz pierwszy w życiu zaczynają czuć się naprawdę świetnie!

Mięsna dieta to coś nowego na „rynku diet”.

Zbyt wcześnie, aby ją jednoznacznie oceniać w czarno-białym stylu: „zła” lub „dobra”.

Jedno wiem na pewno!

Nigdy, przenigdy nie doświadczyłem na tej diecie czegoś takiego jak zaparcia lub wzdęty brzuch – co na wegańskiej diecie było normą.

Dieta ketogeniczna – dlaczego tłuszcz daje życie

Przechodząc z diety wysokowęglowodanowej na mięsną dietę, musiałem przeprowadzić organizm przez tak zwany „okres adaptacyjny”.

Moje ciało było zmuszone nauczyć się od zera korzystać z innych źródeł energetycznych niż węglowodany.

Było ciężko, oj było…

Kiedy proces adaptacji już się zakończył, zaczęło robić się ciekawie.

Wciąż jadłem dużo mięsa, ale często w ciągu dnia byłem głodny – wiedziałem, że jadłem za mało tłuszczu.

Włączyłem więc do diety czyste tłuszcze pochodzenia zwierzęcego – smalec, łój wołowy, masło klarowane, surowe masło.

Dzięki temu urozmaiceniu szybko odkryłem, czym jest prawdziwa dieta ketogeniczna – napisałem osobny artykuł na temat diety ketogenicznej.

Mój organizm wskoczył nagle na zupełnie inny poziom!

Mogłem pracować ciężej i dłużej.

Dysponowałem zrównoważonym poziomem energii przez cały dzień oraz stałem się bardziej stabilną pod względem emocjonalnym osobą.

Co myślę o diecie ketogenicznej?

Ta dieta bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła.

Nie spodziewałem się po niej aż tak spektakularnych rezultatów.

Sądzę, że dieta ketogeniczna w połączeniu z mięsną dietą oraz dietą pierwotną – o której za chwilę – uratowała mi życie.

I wcale nie przesadzam!

W końcu zrozumiałem, że nasze ciała potrzebują egzogennego cholesterolu – dostarczanego wraz z pożywieniem – oraz dobrej jakości tłuszczy nasyconych zawartych naturalnie w mięsie, rybach, jajach oraz nabiale.

Zrozumiałem, że tłuszcz to istny balsam dla ciała i fantastyczne źródło energetyczne, na którym możemy idealnie funkcjonować.

To było moje wielkie osobiste przebudzenie!

Pierwotna dieta – kolejny krok do przodu

Włączenie do diety na nowo produktów pochodzenia zwierzęcego było dla mnie jak odkrywanie po raz drugi koła – w sensie dosłownym!

Zacząłem się edukować, jakie produkty warto wybierać, a które lepiej omijać.

W końcu trafiłem na książkę Aajonusa Vonderplanitz pod tytułem „We want to live”.

To właśnie dzięki niej zrozumiałem, czym jest tak zwana „primal diet” – czyli pierwotna dieta.

W sumie to nie różni się ona wiele od mięsnej diety, czy diety ketogenicznej.

Jedyne różnice polegają na tym, że dieta ta nie dopuszcza obróbki termicznej spożywanych pokarmów.

Jeżeli jem mięso, to tylko surowe. Masło?

Najlepiej z niepasteryzowanego mleka. Miód?

Tylko niepodgrzewany. Jajka?

Jedzone na surowo.

Aajonus Vonderplanitz przekonuje w swojej książce, że pokarm przetworzony termicznie to pokarm, który zmienił swoją strukturę i jest dla nas toksyczny. Wiesz co?

Chyba się z nim zgadzam…

Co myślę o pierwotnej diecie?

Łączę obecnie założenia diety ketogenicznej z mięsną dietą oraz dietą pierwotną.

Czuję się naprawdę fajnie.

Przybrałem już nieco masy mięśniowej.

Trawienie przebiega szybko i bez przeszkód.

Przyrządzanie posiłków jest proste.

Kuchnia stała się czystsza – nie gotuję.

Ogólnie mówiąc, jest naprawdę dobrze!

W porównaniu do weganizmu, rozwiązanie to stosuję krótko, więc ciężko jest mi stworzyć „obiektywną” opinię na temat pierwotnej diety – to samo tyczy się diety ketogenicznej oraz mięsnej diety.

Poprawy, które nastąpiły u mnie w przeciągu kilku ostatnich miesięcy, są dla mnie jednak wystarczającym dowodem, że to działa!

W końcu czuję, że przejąłem kontrolę nad staczającym się – jeszcze jakiś czas temu – ze stromego zbocza ciała.

Dowiedz się co nowego u mnie!

Czytelniku, artykuł, który właśnie czytasz, mógł być napisany dawno temu. Kto wie, może informacje w nim zawarte – a odnoszące się do mojej osoby – są już nieaktualne?

Jeżeli chcesz dowiedzieć się, jakie są moje obecne przekonania żywieniowe, co jem, a czego unikam, zachęcam do przeczytania tego specjalnego artykułu!

Najlepsza dieta – podsumowanie i werdykt

No dobrze. Wypadałoby jakoś ten artykuł podsumować, nie sądzisz?

Z drugiej jednak strony Ty już pewnie na podstawie powyższego tekstu wyciągnąłeś swoje własne wnioski…

Mimo tego pozwól, że podsumuję treść.

Uważam, że cały okres testowania „zielonych” diet stanowił dla mojego ciała jeden wielki post.

Im bardziej radykalne rozwiązanie wybierałem, tym szybciej moje ciało zjadało samo siebie.

Uratowała mnie dieta oparta w głównej mierze na produktach zwierzęcych i dobrej jakości tłuszczach.

Dieta ta jest powszechnie nazywana dietą ketogeniczną.

Połączenie założeń diety ketogenicznej wraz ze stosunkowo nowym podejściem żywieniowym, jakim jest mięsna dieta, dało w moim przypadku naprawdę obiecujące rezultaty.

Trzecim elementem spajającym w całość obecny sposób odżywiania jest pierwotna dieta.

Połączenie tych trzech podejść moglibyśmy nazwać „zmodyfikowaną pierwotną dietą ketogeniczną” – pisałem nieco na ten temat w tym artykule.

Głównym wnioskiem płynącym z tego artykułu jest to, że potrzebujemy produktów pochodzenia zwierzęcego.

Potrzebujemy jeść mięso, jajka, dobrej jakości – najlepiej surowy – nabiał i ryby.

Potrzebujemy cholesterolu i potrzebujemy tłuszczy nasyconych.

Eliminacja powyższych pokarmów to mniej lub bardziej świadoma forma samookaleczenia – rzekłbym nawet, że forma stopniowo postępującego auto-kanibalizmu.

Poznaj autora, poznaj blog

Trafiłeś na blog Your Time przypadkiem?

Jeżeli tak, zachęcam do zapoznania się ze stroną, na której znajdziesz kilka interesujących informacji o mnie.

Jeżeli natomiast po przeczytaniu jakiegoś artykułu chciałbyś się ze mną skontaktować, skorzystaj z formularza dostępnego na stronie kontakt.

Pełny spis treści bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *